PROM
Wydarzyło się to podczas naszej podróży przez Czarny Ląd. Przemierzaliśmy Afrykę
wszelkimi możliwymi środkami lokomocji, już od dwóch miesięcy. Kierowaliśmy się
w stronę Przylądka Dobrej Nadziei, starając się omijać miejsca, w których działo
się źle, chociaż co rusz i tak wpadaliśmy w jakiejś kłopoty. Ale pan prezydent
Waszyngton potrafił czynić cuda. Szczególnie, jeśli nasze kłopoty nosiły
wojskowe, lub policyjne mundury.
Mój towarzysz podróży, Dario, był Włochem. Poznaliśmy się dwa lata wcześniej w
Amsterdamie, wypalając w tej samej kafejce skręty. Siedział z fajną dziewczyną,
która zwróciła moją uwagę i która, gdy już zacząłem ją bajerować, okazała się
zdeklarowaną belgijską lesbijką.
To on namówił mnie na tą wyprawę. Najpierw chciał jechać sam, ale ostatecznie
uznał, że we dwóch będzie bezpieczniej. On opracował plan i czytał o krajach, w
których mieliśmy być. Ja, ładując się na Okęciu w samolot do Marakeszu, skąd
mieliśmy rozpocząć wyprawę, wiedziałem o Afryce tylko tyle, że żyją tam słonie,
żyrafy i mieszkają głównie Murzyni.
Jednak po dwóch miesiącach przedzierania się przez kontynent, wiedziałem już
więcej i co dzień uczyłem się czegoś nowego. Moje notatniki zapełniały się
zapiskami, które chciałem kiedyś wykorzystać pisząć powieść.
Od czterech dni nie spaliśmy w normalnych łóżkach, ani pod dachem, tylko w
śpiworach na gołej ziemi, przy rozpalonych ogniskach, nieustannie nękani przez
moskity i marzył nam się jakiś ludzki odpoczynek. Lepiliśmy się od brudu i potu.
Poza tym kończyła się nam gotówka, a do najbliższego, w miarę
cywilizowanego miasta z jakimś bankiem, w którym mogliśmy załatwić przelew kasy
z naszych europejskich kont, było daleko. Mieliśmy co prawda karty kredytowe,
ale na nic się nie zdawały, bo w tej części świata bankomatów było jak na
lekarstwo.
W Douala w Kamerunie wynajęliśmy miejscowego przewodnika, który miał nas
przeprowadzić do granicy z Gabonem. Był znającym angielski w stopniu podstawowym
wesołym człowiekiem. Nazywał się Ochala, miał dwie żony, ośmioro dzieci, dwie
krowy, kozę i wśród swoich uchodził za bogacza. 10 dolarów, które miał dostać od
nas za dwa dni roboty, miały znacznie powiększyć jego majątek. W Polsce za 10
dolców wielu bezrobotnych nie kiwnąłby nawet palcem w bucie, w Afryce zaś taka
suma mogła zapewnić byt całej rodzinie na wiele tygodni.
Ten prom był jednym z wielu, którymi w czasie naszej podróży przeprawialiśmy się
przez rzeki. Wszystkie były do siebie podobne. Stare, rozsypujące się i
śmierdzące. Ale w Afryce pachniały przeważnie tylko kwiaty i zielone, nieskażone
cywilizacją przestrzenie.Tam gdzie żyli i mieszkali ludzie, kończyły się wonne
przyjemności.
Byliśmy gdzieś w połowie rzeki, przez którą prom sunął mozolnie, kiedy podeszła
do nas dziewczyna. Młoda, wysoka, o jędrnym ciele, w zwiewnej sukience
odsłaniającej zgrabne nogi, jednak ze szpecącym ją dużym kolczykiem w nosie.
Powiedziała coś w swoim języku, wyraźnie zwracając się do mnie.
Ochala chciał ją przepędzić, ale ona nie ruszyła się z miejsca.
- Czego chce? - zapytałem go.
- Pyta, kiedy ona otrzymać dolary.
- Jakie dolary?
- Pieniądz od białego pana. Pieniądz od białego pana. - wyklepał Ochala,
pokazując mnie palcem.
- Chyba chce wysępić parę dolców. - stwierdził Dario, obcinając dziewczynę od
góry do dołu. Był rasowym makaroniarzem i wiedziałem, co chodziło mu po głowie.
To samo, co po mojej, kiedy czuliśmy w pobliżu zapach młodej kobiety. Ale, jak
dotychczas, wyłącznie o tym myśleliśmy. Mówiło się, że połowa czarnej Afryki
choruje na aids, a druga połowa czeka na swoją kolej. Nasze fiutki podczas tej
podróży nie wyskakiwały więc z portek, choć wiele było na to okazji. Chyba, że
na siusiu, ale to było wszystko, na co im pozwalaliśmy.
- Nic z tego. - odparłem i kazałem Ochali powiedzieć, żeby zapomniała o jakimś
datku od nas. Afryka żebrała na każdym kroku. Gdybyśmy mieli miękkie serca, już
dawno zostalibyśmy bez centa.
Ochala przetłumaczył to i machnął ręką, żeby sobie poszła. Została i dosyć
głośno wykrzyknęła do mnie jakieś długie zdanie. Nie zabrzmiało zbyt miło.
- Co powiedziała? - zwróciłem się do przewodnika. Zrobił taką minę, jakby
bał mi się to przetłumaczyć.
- Co ona powiedziała, Ochala? - ponagliłem go.
- Jak pan ją pieprzyć, to mówić: kocham, kocham. Jej dziecko głodne. Twoje
dziecko głodne - wydukał. I uśmiechnął się. Tak jakby przepraszał mnie za nią.
Za Afrykę. Za nękającą kontynent biedę.
- O kurwa, słyszałem o tym - powiedział Dario. - To jeden ze sposobów na
wydębienie od białych paru groszy. Babka namierza białego delikwenta i wydziera
w tłumie japę, że zrobił jej bachora i puścił kantem. Gość, nie chcąc wywoływać
zamieszania, dla świętego spokoju daje jej z reguły parę dolców. Lepiej też tak
zrób, bo się od ciebie nie odpierdoli. One ten numer mają opanowany do
perfekcji. Daj jej dwa dolary, bo ci jeszcze wydrapie oczy.
Kazałem Ochali powiedzieć jej, że nie dostanie ode mnie ani centa.
Momentalnie wybuchnęła. Zaczęła wrzeszczeć i machać rękami. Jej jazgot roznosił
się po całym promie. Po całej rzece. Inni pasażerowie promu gapili się na nas.
Same poczciwe, czarne twarze w dużej liczbie. Uśmiechali się. Pewnie już nieraz
oglądali białych frajerów, bulących podobnym dziwkom, aby tylko zamknąć im
jadaczki. Tyle, że ja nie miałem zamiaru płacić za towar nieskonsumowany.
Łożyć na nieistniejące dziecko. Choć może istniejące, tylko że nie za moją
sprawą.
Kazałem Ochali powiedzieć jej, żeby przestała jazgotać, bo i tak nie
dostanie forsy.
Wpadła w furie. W każdym razie dobrze ją grała. Wrzeszczała jeszcze głośniej i
szturchała mnie rękoma. A kilka razy naprawdę mocno popchnęła.
- Ochala, powiedz tej durnej dziwce, żeby przestała! - wrzasnąłem na
przewodnika.
Ten, krzycząc coś do niej, próbował ją ode mnie odciągnąć, ale doskakiwała z
powrotem. W końcu po trzeciej czy czwartej próbie ujarzmienia tej pantery,
stanął z boku i rozłożył bezradnie ręce. Inni pasażerowie śmiali się do rozpuku,
widząc naszą z nią walkę.
W końcu puściły mi nerwy. Po jej kolejnym mocnym szturchnięciu, sam ją silnie
popchnąłem, a że stała przy niskiej burcie, wleciała do rzeki. Rozległo się
głośne "chlup" i wybuchła jeszcze większa salwa śmiechu. Mnie jednak wcale nie
było do śmiechu, bo w tej rzece aż roiło się od krokodyli. One także usłyszały
obiecujący plusk i jeden już nawet ruszył z brzegu w kierunku dziewczyny.
-Krokodyl! - krzyknąłem - Krokodyl! - i próbowałem podać jej rękę. Ale prąd
znosił ją od statku i nie było szans, żebym ją uchwycił. Dario także próbował,
z takim samym skutkiem. Inni murzyni nie mieli najmniejszego zamiaru jej pomóc.
Tylko wciąż się śmiali, pokazując na zbliżającego się krokodyla.
Dziewczyna także go dostrzegła. Pisnęła głośno ze strachu i ruszyła kraulem w
kierunku brzegu. Było do niego jeszcze z pięćdziesiat metrów, więc miała nikłe
szanse. Zwłaszcza że krokodyl wydawał się płynąć szybciej. Był tuż-tuż za nią,
kiedy wygramoliła się z wody i dała drapaka. Kłapnął paszczą za jej plecami i
wrócił do wody wkurwiony, że obiad uciekł mu sprzed samego nosa. Na łodzi
rozległ się pomruk niezadowolenia.
- Blisko było - odetchnął Dario - Ale może to ją czegoś nauczy.
- No. Żeby nie stawać za blisko burty, gdy następnym razem będzie naciągać kogoś
na kasę - odparłem.
Po chwili podeszło do nas dwóch młodych chłopaków i zagadnęło do Ochali.
- Oni mówić, że za 5 dolar znowu wrzucić dziewczyna do rzeka, aby krokodyl się
najeść.
Odmówiliśmy i ci dwaj odeszli rozczarowani.
Prom dobił do brzegu i ludzie zaczęli z niego schodzić, niosąc żywe kury,
langusty, wszelakie owoce. W tłumie na brzegu usłyszałem język niemiecki.
Wypatrzyłem trzech białych. Pozdrowiłem ich skinieniem głowy, odpowiedzieli tym
samym. Byli wychudzonymi okularnikami i wyglądali jak typowe wykształcone białe
ofiary losu. Odnalazłem wzrokiem dziewczynę, zbliżyłem się do niej i pokazując
na Niemców, powiedziałem jej po angielsku, że to PEWNE PIENIĄDZE, mając
nadzieję, że mnie zrozumie. Zrozumiała. Uśmiechnęła się i wróciła na prom.