K.S.RUTKOWSKI
Brudne
historie
Samoobsługowy drink-bar, w którym siedzę, nie jest w moim stylu.
Za cichy, jasny i za mało przydymiony. Z za drogim piwem i ze zbyt
grzeczną barmanką. Czuję się tu nieswojo. Jak buszmen w samym środku
miasta. Na szczęście jest ta dziewczyna, na której mogę chociaż zawiesić
wzrok. Ładna i apetyczna. Popija kawę, spoglądając w okno. Na dworze leje
deszcz i chyba schroniła się tu właśnie przed nim.
Jest dużo młodsza ode mnie i raczej nie mam szans na przygodę. Zresztą nie
będę próbował. Nie przyszedłem tu szukać towarzystwa. Czekam na wydawcę,
któremu wysłałem jakiś czas temu swoją książkę i który wczoraj
telefonicznie umówił się tu ze mną. Prawdopodobnie zwróci rękopis i
poradzi, żebym zajął się czymś innym.
Dziewczyna podoba się nie tylko mnie. Nie tylko ja ją obcinam. Jeszcze
jeden facet lampi się na nią z głębi sali.
Jest młody i przystojny. Ma wyćwiczony, arogancki, pewny siebie uśmiech i
oczy rasowego podrywacza. Poza tym podobny jest do pewnego
amerykańskiego aktora, nie znam nazwiska, ale z pewnością na topie. Ona na
pewno od razu skojarzy jego gębę z konkretnym gwiazdorkiem filmowym,
kiedy w końcu przysiądzie się do niej.
Gdybym miał rywalizować z nim o tę małą, miałby zwycięstwo w kieszeni.
Jestem raczej twarzowy, ze sporym brzuchem i ubrany jak lump. Zwłaszcza
dzisiaj ze swoim kacem i opuchniętą gębą wyglądam jak stały bywalec melin
i przytułków. On jak książę z bajki. W przypadku naszej trójki historia z
"Pięknej i bestii" z pewnością by się nie powtórzyła.
Otwierają się drzwi. Mam przeczucie, że łysy, niski tłuścioch w
wymiętym garniturze, który się w nich pojawia, ,
to facet, na którego czekam. Z pewnością są w tym kraju wydawcy
przystojni i nienagannie ubrani, ale ja zawsze trafiam
na byle kogo. Zwykle na faceta z wykoślawionymi butami i tłustymi
plamami z obiadu na koszuli, przy której na dodatek brakuje guzików,
jednak z miną literackiego guru, który pozjadał wszystkie rozumy. Tak, nie
mylę się. To on. Dostrzegam pod jego pachą teczkę z moimi opowiadaniami.
Przywołuję go więc ręką do stolika. Nadchodzi sapiąc, z głupkowatym
uśmiechem.
- Miło mi pana poznać, panie Rutkowski - mówi, podając mi dłoń.
- A mnie pana - odwzajemniam uprzejmość, przypatrując się jego gębie, na
której aż nazbyt czytelnie ma wypisane postanowienie, żeby spławić mnie
szybko.
Siada naprzeciwko i kładzie przed sobą maszynopis mojej książki.
- A więc tak... - zaczyna i zacina się. Przez chwilę waży w myślach słowa.
Układa dyplomatyczne przemówienie. Teraz, gdy mnie zobaczył, nie powie mi
już wprost, tak jak zamierzał idąc tutaj, że jestem do niczego. Kultura?
Takt? Maniery? Nie. Po prostu nie wyglądam na przyjemniaczka. Mówiąc mi
bez ogródek, że jestem gówno wart, mógłby sobie nagrabić. Nie zna mnie i
nie będzie narażał dupy. Powie mi to lawirując, wyjaśniając pokrętnie,
pierdoląc farmazony. Ładnie i składnie. Poradzi popracować nad sobą, da mi
nadzieję. Poklepie przyjacielsko po plecach. Potem grzecznie pożegna,
mówiąc, że kiedyś coś jeszcze mojego z przyjemnością przeczyta i gdy
będzie lepsze, wyda. A gdy zamkną się za mną drzwi baru, od razu o mnie
zapomni.
- W zasadzie te teksty są niezłe. Rzekłbym nawet dobre. Tak, dobre. Mają
coś w sobie. Widać po nich, drogi panie, że ma pan talent. Bez wątpienia.
Duży talent. Ale... No cóż... Trzeba jednak nad nim trochę popracować.
Jest jak nie oszlifowany diament. Drogocenny, ale surowy. Właśnie tak
najtrafniej można go określić.
Zaczęło się. Atakuje mnie tyralierą swojego wydawniczego bełkotu. Serwuje
mi oklepaną gadkę, pieprząc trzy po trzy. Założę się, że nawet nie
przeczytał wszystkich opowiadań. Intuicja podpowiada mi, że to kolejny
zakuty wydawniczy łeb, tradycjonalista wychowany na rozwlekłych i nudnych
powieściach Żeromskiego, którymi nieustannie jeszcze torturuje się w
szkołach i innych, przesiąkniętych wzniosłymi ideałami i patriotyzmem, nie
nadających się do czytania przeżytkach. A moja twórczość w tym kraju nie ma
żadnych korzeni. Słucham go więc, jak zdartej płyty, jednym okiem łypiąc na
chłopaka i dziewczynę. Jakąś minutę temu przysiadł się do niej i
uskutecznia bajer.
- Przede wszystkim musi pan zmienić tematykę swoich utworów. Nie może pan
wciąż pisać tylko o brudach, zepsuciu, destrukcji. Wokół przecież tyle
piękna, tyle radości. Tylu wspaniałych, dobrych, ciekawych ludzi. O nich,
o nich należy prawić, o nich tworzyć literaturę... Na świecie żyją nie
tylko pijacy i narkomani, nie wszystkie kobiety to damy lekkich
obyczajów. Życie nie składa się tylko z brudnych historii. W pańskiej
prozie za dużo jest seksu odartego z czaru, uroku, intymności, bardzo wulgarnego,
rzekłbym, całkowicie świńskiego, a za mało czułości i piękna. Pan wszystko
widzi na czarno.
Chłopak jest dobry. Bardzo dobry. Widać, że zna się na rzeczy. Ma gadulca
i to co nawija musi być miłe, bo trafia do dziewczyny i odpowiednio ją
nastraja. Jej szeroki uśmiech nie jest wymuszony, ani fałszywy. Naiwny
owszem, ale nie fałszywy. Jest bardzo młoda, nie zna życia i nie zdaje
sobie sprawy, że chłopak ma tylko ochotę coś zdymać i że akurat padło na
nią.
- Tak pisać nie można. Nie wypada. Jest pan przecież człowiekiem
inteligentnym. Stać pana na więcej. Proszę spróbować wyjść z tego
literackiego dołka, w którym sam się pan umieścił i sięgnąć wyżej, w inne,
przyjemniejsze sfery życia. Tyle jest tam tematów. Dobrych tematów. Ktoś z
pańskim talentem będzie potrafił umiejętnie przelać je na papier.
Chłopak ujmuje dziewczynę za dłoń. Niby niechcący, nieświadomie. W
przyjacielskim, niezamierzonym i nie w pełni kontrolowanym geście. Nie
jest podrywaczem. Jest jej przyjacielem. Dobrą, bratnią duszą, której
zrobiło się żal jej samotności. Aniołem zesłanym z niebios, żeby nie było
jej źle i smutno. Dziewczyna ma urodę, ale nie rozum. Odbiera jego grę
dokładnie tak, jak on chce.
- W pana prozie brak wyczucia, proporcji. Jest nazbyt męska. Niesmaczna.
Nachalna. Obrazoburcza. Lubi pan obrażać. Ludzi, instytucje. Nie ma dla
pana żadnych świętości. Często stawia pan słowa "kurwa" i
"fiut" obok słowa Bóg. Obok słowa Jezus. Tak nie można, panie
Rutkowski, nie można. W ten sposób nie tylko butnie wypina się pan na
religię, ale przede wszystkim okrutnie masakruje pan naszą mowę ojczystą,
zabija całe jej piękno. Wulgaryzacja literatury to złe przykłady
pisarstwa rodem z Ameryki. Kraju zepsucia. Demoralizacji. Czytuje pan
złe lektury. Jest pan pod ich wyraźnym wpływem. Może gdzieś tam w Ameryce
jest tak, jak pan to opisuje, ale nie tutaj. Nie w Polsce. To kraj nie z
pańskich opowiadań. Ludzie są tu inni, lepsi. Jeszcze, na szczęście, nie
tak zepsuci. Nie tak wyrachowani. Młodym ludziom u nas nie zawsze chodzi
tylko o seks. Potrafią być dla siebie mili i czuli. Kochać również swe
dusze, nie tylko ciała. O, chociażby ta sympatyczna para -
pokazuje na chłopaka i dziewczynę. - Wyglądają jak kochankowie ze słynnych
literackich romansów. Czyż nie przyjemnie się na nich patrzy?
O tak, przyjemnie. Oczy chłopaka rozbierają tę małą. Dla niego już jest
bez kiecki, bez majtek. Leży u niego na łóżku. Rozkłada nogi. Tak,
patrzy się na nich z przyjemnością. Boże, komu oddałem pod ocenę swój
talent?
- W nich jest całe piękno miłości. Jej esencja. Czuje się, że to co ich
łączy jest doniosłe, wielkie. A pary w pańskich opowiadaniach są takie
szare i nijakie, często zezwierzęcone. Ciągle tylko kopulują, obrażają się
każdym słowem, piją. Nie wyznają żadnych zasad moralnych, tarzają się w
brudzie i zepsuciu. Widzi pan świat w krzywym zwierciadle, panie
Rutkowski. Źle, źle go pan spostrzega. To, jak mówiłem, wpływ złej, bardzo
złej literatury. Inaczej mówiąc czytuje pan śmiecie. Ale to nie jest tunel
bez wyjścia. Musi pan po prostu zacząć czytać lepsze rzeczy. Pod ich
wpływem z pewnością zacznie pan pisać inaczej. Lepiej. Uszlachetni pan
swój niemały talent i już prostą drogą podąży do sukcesu.
Dziewczyna jest już omotana i usidlona. Bajery chłopaka, które musiały być
naprawdę dużej klasy, błyskawicznie i całkowicie ją zakręciły. Wygląda
jakby brakło jej tchu. Chłopak wciąż nie przestaje się jednak produkować.
Wie, że nie wolno spoczywać na laurach. Że trzeba kuć żelazo póki gorące.
Na tym etapie jeszcze w każdej chwili dymanko może uciec mu z pod fiuta.
To fachowiec. Kowal jak trzeba. Mistrz nad mistrzami. Jestem przekonany,
że nie spaprze roboty
- Żeby zostać dobrym pisarzem, przede wszystkim trzeba odbierać świat
takim jakim faktycznie jest, a nie takim jakim chce się go widzieć. W
każdym człowieku jest pesymizm i optymizm. Pisarz powinien je w sobie
równoważyć w żadnym razie nie pozwalając któremuś siebie zdominować. W
pańskim przypadku, panie Rutkowski, wziął górę pesymizm. Proszę jego
nadmiar z siebie wyrzucić, a zobaczy pan, że od razu świat przestanie panu
śmierdzieć i straszyć szarością. Wtedy pańskie utwory nabiorą blasku. Bo na
razie... No cóż... Na razie to one go nie mają. Są ponure i przygnębiające.
Czarne jak bezksiężycowa, pochmurna noc.
Dziewczyna wstaje, chłopak razem z nią. Zapewne powiedziała, że musi już
iść, a on zaproponował, że ją odprowadzi. Dżentelmeńsko odsuwa jej
krzesło. Pomaga nałożyć płaszcz. Dziewczyna jest zachwycona. Pierwszy raz
ma do czynienia z takim facetem. Owszem, chodziła wcześniej na randki, ale
z nieokrzesanymi małolatami, chcącymi ją tylko macać. A tu taki ułożony
gość. Taki przystojny. Szarmancki. Koleżanki pękną z zazdrości, gdy
ją z nim zobaczą.
Wychodząc, łapie u niej kolejnego plusa, usłużnie otwierając jej drzwi.
Przechodzi przez nie dumna jak księżniczka. Nie widzi tego co ja. Jak
chłopak okiem starego jebaki szacuje jej figurę, uśmiechając się pod nosem.
Jest zadowolony. Laska naprawdę warta jest grzechu i potu, który jeszcze
straci, nakręcając ją na numer. Musi być tylko dalej grzeczny, czarujący i
delikatny. Sam się już chyba połapał, że to najlepszy na nią sposób.
Patrzę na nich przez okno. Wychodzą przed bar i przechodzą na drugą stronę
ulicy. Romantycznie przemykają między kroplami deszczu. I dochodzą, do
jakiegoś menela, który pod przykrywką żebraka zbiera pod sklepem na wino.
Wygląda tak, jak ja będę wyglądał za kilka lat, gdy dalej będzie takie
wzięcie na moje utwory. Ludzie mijają go obojętnie. Są spracowani,
zmęczeni, wkurwieni pogodą i mają w dupie miłosierdzie. Ale nie chłopak.
On oczywiście jest wyjątkowy. On nigdy nie przechodzi obojętnie koło
ludzkiej krzywdy. Daje to dziewczynie do zrozumienia, z perfekcyjnie
opanowanym grymasem smutku zerkając na nędzarza. Zatrzymuje się przy nim i
sięga po portfel. Bez wahania, z ochotą, jakby sensem jego życia było
pomaganie biednym. Wyjmuje banknot. Nie bilon, a banknot. I to duży
nominał. Specjalnie trzyma go dłuższą chwile w ręku, żeby dziewczyna mogła
go zobaczyć i w pełni docenić tą nadzwyczajną hojność. Dopiero kiedy ma
pewność, że ta dostrzegła cyferki na pieniądzu, podaje go żulowi. Uśmiecha
się przy tym do niego, jak równy do równego. Żul łapczywie chwyta forsę, nie
mogąc uwierzyć w swego farta.
Pomysł z jałmużną to strzał w dziesiątkę. Dziewczyna spogląda na chłopaka
z jeszcze większym zachwytem. Teraz jestem już całkowicie pewny, że uda mu
się z nią wszystko.
Grubas nawija dalej:
- Tych opowiadań - kładzie rękę na teczce - niestety nie wydamy panu,
panie Rutkowski. Choć są oparte na dobrych, ciekawych pomysłach, za ostro
jednak napisane, za brutalnie. Nasze wydawnictwo nie zajmuje się prozą
aż tak marginalną. W proponowanych nam przez autorów pozycjach szukamy
przede wszystkim wartości humanistycznych. Niestety, w pańskiej prozie
jest ich niewiele. Ale kiedyś, kiedyś. Kto wie. To zależy od pana. Tylko i
wyłącznie od pana.
Kończy z żałobną miną i wygląda, jakby naprawdę było mu przykro. Oczywiście
nie zapomina mi po chwili posłać nikłego uśmiechu, który ma mnie zapewnić,
że jeszcze nic straconego. Odpowiadam mu również uśmiechem. Najsłodszym i
najmilszym, na jaki mnie tylko stać. Mówiącym: no cóż, przykro mi, ale nie
mam żalu. Wstaje i wyciągam do niego rękę.
- Proszę być ze mną w kontakcie - mówi, ściskając ją. - Było mi miło.
Naprawdę miło.
Chce zabrać dłoń, ale ją przytrzymuję.
- Gdy za trzydzieści lat dostanę Nobla, znajdę cię i sflekuje ryja. Za to,
że przez takich dupków jak ty, dostałem go dwadzieścia lat za późno - mówię
patrząc mu w twarz i nie przestając się uśmiechać. Potem puszczam jego
spoconą łapę, zabieram ze stolika teczkę i wychodzę. Z nieba wciąż leci
woda. Mam nadzieję, że zatopi to zasrane miasto. Przechodzę przez ulicę i
mijam tego uszczęśliwionego menela, który ciągle jeszcze miętoli w ręku
banknot, w dalszym ciągu nie mogąc uwierzyć, że są jeszcze na świecie tak
wielcy frajerzy. Jest mi smutno. Z moim fatalnym nastawieniem do ludzi nigdy nie
znajdę wydawcy.
(PIERWODRUK-LAMPA I ISKRA BOŻA, 2001r)