WWW.KSRUTKOWSKI.PL
        
 


NOWE WYDANIE"KRYMINAŁ TANGO"- 2007 !




- DWA OPOWIADANIA WIĘCEJ!

- TWARDA OPRAWA!

- KLIMATYCZNE ZDJĘCIA KRZYSZTOFA "SADO" SADOWSKIEGO!


"KRYMINAŁ TANGO" do nabycia w:



Aukcje ALLEGRO




K.S.RUTKOWSKI

KRYMINAŁ TANGO

(tytułowe opowiadanie z książki "Kryminał tango")

 

Fama o nim przeszła przez oddział na kilka dni przed jego przybyciem.

Postarali się o to klawisze. Każdy z więźniów mógł się dowiedzieć, z kim to

niedługo będzie mieć do czynienia, klawisze sugerowali nawet nasze w sto-

sunku do niego zachowanie. Od razu go, chłopaki, do parkietu - mówili -

bo jak zacznie fikać, to nie tylko on, ale i wy będziecie mieli przejebane.

Tak, panie taki a siaki, zrobi się - zwykle się odpowiadało - potakując ze

zrozumieniem głową - taki gigant to pod celą nie jest nam potrzebny. Gdy

odchodzili, pluliśmy za ich plecami. I z utęsknieniem oczekiwaliśmy faceta.

Bo to był ktoś. Kukułcze jajo, które naczelnicy więzień podrzucali sobie

pod byle jakim pretekstem. Bo mieć tego faceta w swoim zakładzie ozna-

czało dla nich nieustające kłopoty. A dla nas więźniów ciągłą rozrywkę.

Tak nam się, w każdym razie na samym początku, wydawało.



Trafił do naszej celi. Średniego wzrostu, szczupły, z banalną twarzą. Nie

wyglądał na wielkoformatowego przeginacza, którego ksywkę klawisze

cedzili przez zęby. Raczej na kogoś o spokojnym usposobieniu, kto nawet

muchy nie pierdolnąłby packą. Na kogoś, kto co niedziela do kościoła,

z żoną pod rękę i gromadką dzieciaków ciągnących za nimi sznureczkiem.

Świętość spozierała mu z oczu. Niewinność. Nie mówiąc o łagodności,

której ślepia jego były pełne. Wyglądał jak nowicjusz, na którego nigdy

jeszcze nie padł cień krat. Aż trudno było uwierzyć, że facet miał już odgi-

banego dziesiątaka z dwunastki, którą dostał za morderstwo.



Przywitaliśmy go z pompą. Czaj, lepsze żarło z paczkowych dostaw, mar-

kowe szlugi. Facet nic nie powiedział, ale na jego gębie było widać, że

docenia nasz gest.

Przez pierwsze dni klawisze zaglądali przez naszego judasza częściej

niż zwykle. Jakby na coś czekali. Ich ślepia na długie sekundy zamiera-

ły w wizjerze, lustrując wnikliwie naszą celę. Szukali choćby cienia inno-

ści, choćby najdrobniejszej zmiany jej stałej kompozycji, jakiegoś najlich-

szego sygnału świadczącego o nadchodzącym zagrożeniu. Jednak za każdym

razem ich spojrzenia witał spokój, niczym nie różniący się od spokoju każ-

dego innego dnia. Za każdym razem na odgłos odsłanianego judasza, jak na

komendę zamykały nam się mordy i cele zalegała grobowa cisza, która

kończyła się, gdy klapka na powrót przysłaniała wizjer. Normalka. Czas

w naszej celi płynął wciąż tym samym leniwym rytmem. Tylko teraz pięć

głów odwracało się na odgłos życia po drugiej stronie drzwi. Bo tylko li-

czebność więźniów była jedyną zmianą, jaka u nas zaszła.



Po tygodniu nadmiernej nerwowej czujności klawisze powoli zaczęli stawać

się spokojniejsi. Cisza w naszej celi przygłaskała ich obawy. Uchodziliśmy za

spokojnych więźniów. Wszyscy nałogowo czytaliśmy książki, jeden koleś

nieźle rysował, a ja z powodzeniem brałem udział w literackich konkursach.

Myślę, że właśnie dlatego wsadzili do nas nowego. Może wierzyli, że jakimś

cudem nasza zbiorowa twórcza łagodność podziała leczniczo na jego wro-

dzoną agresywność. Że może w końcu, po latach tułaczki po zakładach kar-

nych, specyfika naszej celi pomoże mu odnaleźć spokój i wewnętrzną har-

monię i w pełni odmieni jego życie, czyniąc z niego innego, lepszego człowieka.

Może tak sobie myśleli, a może nie. W każdym razie ich nadmierne zaintere-

sowanie nasza celą szybko przygasło. A w końcu dopaliło się zupełnie. Po-

wróciła rutyna w wykonywane przez nich obowiązki. Zresztą napięcie i pod-

ekscytowanie przybyciem nowego opadło i w nas. Obserwując przez te parę

dni jego spokój i opanowanie i my zaczęliśmy wierzyć w jego nagłą przemia-

nę. Nie był to ten ostry człowiek z opowieści krążących przed jego przyby-

ciem po więzieniu. Był raczej jak ksiądz bez sutanny, w domowych piele-

szach.



Jednak jego wygląd mylił. Kunsztowna fasada pozorów runęła pewnej nocy.

Obudził mnie ciepły dotyk w głowę. To co we śnie było cieniutką strużką

wina, które wylewała na mnie młoda, ładna, dorodna kobieta, na jawie

okazało się skapującą z góry krwią. Nade mną stał nowy z tlącym się

papierosem w ustach.

- Nie śpisz młody? - doszło mnie jego ciche, głupie pytanie.

- Już nie - odparłem, unosząc się na łokciach, tym samym pozwalając

krwi nowego rozpłynąć się po całej mojej gębie. Ujrzałem jej źródło. Ska-

pywała z przegubów jego obu dłoni.

- I tak właśnie miałem cię budzić. Rób raban. Czas, żeby mnie powieźli do

szpitala na jebanym sygnale - powiedział, zaciągając się głęboko papierosem.

- No młody, szybko, szybko - ponaglił mnie, gdy się nie ruszyłem. - Krew

wycieka ze mnie już od dobrych paru minut.

Wstałem więc z koja i zacząłem łomotać w klapę. Silnie, miarowo. Po

chwili dołączyły do mnie głosy rozbudzonych kumpli, wrzeszczące: Czło-

wiek umiera! Człowiek umiera! A po chwili raban ogarnął już cały oddział.



Mimo ogólnego harmidru klawisze od razu przybiegli do naszej celi. Nowy

pozwolił im się wziąć bez walki, choć słynął z tego, że toczył z klawiszami

zacięte boje, gdy ci chcieli ratować mu życie. Tym razem był już chyba

jednak za słaby na szamotanie z nimi.



Następnego dnia klawisze przetrzepali nam celę. Kipisz był bardzo szcze-

gółowy i trwał dobre pół godziny. Zabrali wszystko, co było w niej nielegal-

ne, nawet to, na co zwykle przymykali oko. Zabrali nawet zrobioną z mojek

i kabelków grzałkę do parzenia czaju. Była ukryta w podłodze w skrytce

wydrążonej w betonie.



Po tym numerze pełnym krwi (której smak czuję w ustach do dzisiaj), zro-

zumieliśmy to, przed czym ostrzegali nas klawisze. Ten nagły kipisz kaba-

ryny nie był przypadkowy. Był karą za to, że nie potrafiliśmy nowego utem-

perować. Za to, że pozwoliliśmy mu jednak rozwinąć skrzydła. Tego dnia,

gdy strażnicy przewracali nam celę do góry nogami, zrozumieliśmy, że od-

tąd wszyscy będziemy ponosić przykre konsekwencje wszelkich jego wy-

bryków. To, co miało sprawiać nam rozrywkę, tak naprawdę miało stać się

naszym przekleństwem. Po tym pierwszym przegięciu zrozumieliśmy też

prawdziwy sens pseudonimu nowego, którego dotychczas nie używaliśmy,

a który dopiero wtedy nabrał w naszych uszach właściwej treści. To nie

było już tylko słowo za nic nie pasujące do jego łagodnego oblicza. Tak,

ksywka Psychol pasowała do niego jak ulał. Idealnie wyrażała jego osobo-

wość ukrytą za pozorami, w których czynieniu był mistrzem.

Ze szpitala

wrócił po trzech dniach. Z uśmiechem na twarzy. Z obandażowanymi ręka-

mi. Nic nie powiedział. Rzucił się tylko na swoje kojo. My również milczeli-

śmy. Bo o czym mieliśmy gadać. Wszystko już było wiadomo.



Na drugi numer Psychola nie czekaliśmy długo. Którejś nocy znów dziki

wrzask z naszej celi rozproszył ciszę. Tym razem nie ja wszcząłem raban.

Ten wątpliwy zaszczyt tym razem przypadł komuś innemu. Gdy otworzy-

łem oczy, zapalono już na oddziale światło, w pełni więc mogłem docenić

klasę tego przegięcia. A było na co popatrzeć. Zachlapane juchą ściany

wyglądały jak jakieś awangardowe dzieło sztuki, całe w kropki i plamy i

czerwone odciski dłoni. Nacętkowana plamami krwi była również pościel

na kojach i wszystkie sprzęty, które znajdowały się w celi. Psychol siedział

na swym koju, oparty plecami o ścianę, trzymając się rękoma za brzuch.

Jego dłonie lepiły się od krwi przepływającej mu przez palce. Coś mu przez

nie prześwitywało. Ale dopiero po chwili dostrzegłem co. Były to jego ośli-

zgłe flaki, lśniące w świetle. Parujące, pachnące ostro wnętrzności, które

próbował zatrzymać w sobie.



Całą czwórką stanęliśmy wokół koja Psychola, chłonąc oczami ten widok,

który nieczęsto oglądać się zdarzało. Chlastanie się mojką po brzuchu na-

leżało do najbardziej ryzykownych przegięć, na które decydowali się tylko

nieliczni. Przeważnie tacy, którym już wszystko koło chuja latało. Skazani

na dożywocie lub na kosmiczne, dwucyfrowe wyroki. Na pewno nie tacy,

którym pozostało do odsiedzenia jeszcze dwa lata. Chyba że chorzy psy-

chicznie. Widać Psychol miał o wiele bardziej zepsutą głowę. Bardziej niż

się każdemu wydawało. Z tego co słyszałem, próbowano go kiedyś po

jakimś większym przegięciu umieścić w wariatkowie, ale biegli psychia-

trzy jakoś nie mogli się doszukać w tym jego cabanie anomalii. Pozory

normalności, jakie czynił, musiały więc być naprawdę najwyższego lotu.

Klawisze wpadli do celi w pełni przygotowani. Nawet dyżurujący więzien-

ny łapiduch, mimo późnej nocy, przybiegł w swoim rzeźnickim kitlu. Nim

wyjebali nas z celi na korytarz, zobaczyłem jak z uśmiechem na ustach

puszcza Psychol swój bebech, pozwalając jelitom wylać się na zewnątrz. I

usłyszałem przekleństwa gadów i zobaczyłem jeszcze lekarza, który ręką

próbował wsadzić mu te flaki z powrotem do środka.



Po tej nocnej imprezie administracja znowu nas ukarała. Już z samego

rana rozpoczęły się represje. Dobrali się nam do dupy, jakby to wszystko

było naszą winą. Zaczęli od kipiszu, który jednak nie zdał się na wiele, bo

przez te kilka dni od ostatniego niewiele zdołaliśmy skojarzyć nielegalnych

rzeczy. Dobrali się też do michy, zabierając nam na dwa tygodnie drugie

danie. I do spacerów, do pół godziny na dobę ograniczając nam dreptania.

Ale nie to było najdotkliwsze. Kumplowi, który rysował, zabrali na czas

nieokreślony blok i ołówki, mnie cały zapas papieru i przybory do pisania.

To całkowicie rozłożyło nas na łopatki.



Psychol powrócił po miesiącu, chociaż wyglądało na to, że tego przegięcia

nie przeżyje. Gdy go zabierali z celi, wyglądał naprawdę źle. Jak stupro-

centowy kandydat na trupa. Jednak jakimś cudem wyszedł z tego. I znowu

wkniajał pod celę z rozradowaną facjatą. O dobrych piętnaście kilo chudszy,

blady jak ściana, ale szczęśliwy. Wyglądał jak bardzo zły uczeń, któremu

mimo wszystko udało się ukończyć szkołę.



Kilka dni po jego tryumfalnym powrocie ze szpitala wezwał mnie Naczel-

nik. Mimo że byłem najmłodszy, pełniłem funkcję starszego celi. Kumple

wrobili mnie w to niewdzięczne zajęcie.



Naczelnik był gościem do rzeczy, miałem już z nim kilkakrotnie do czynie-

nia. Do każdego z dobrym słowem i uśmiechem. Nawet do cweli przema-

wiał jak do ludzi, mimo że nawet klawisze traktowali ich jak zwierzęta.

- Siadaj Rutkowski, pogadamy - od razu do mnie, gdy tylko przekroczyłem

próg jego gabinetu. Bez nazwiska, numeru, wszystkich tych formalności.

- Wiesz po co cię wezwałem? - zapytał.

- Nie wiem, panie Naczelniku - odparłem, chociaż domyślałem się dlaczego.

- Powodem jest Zawada - rzekł i słowa te zwisły na długą chwilę nad

naszymi głowami. Zawada to było nazwisko Psychola. Pokiwałem ze zro-

zumieniem głową.

- Trzeba nauczyć go dobrego wychowania, Rutkowski. Wszyscy mamy

przez niego kłopoty. Musicie przemówić mu do rozumu. Bo inaczej do koń-

ca jego odsiadki będziecie ponosić kary za jego numery.

- Nie da rady, panie Naczelniku. Psychol to twardy gość. Morderca. Bo-

imy się go. Nigdy nie wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy - powiedzia-

łem zgodnie z prawdą.

- A wy to kto niby jesteście? - on do mnie. - Ułomki?

- To naprawdę duży twardziel. Sam pan wie, co on wyprawia. Nie szanuje

życia. Balansuje na samej krawędzi. Nawet porządny wpierdol nic tu nie da.

- Nie wierzę, że takie chłopaki jak wy nie potrafią poradzić sobie z jednym

mizernym typkiem. W końcu tu również i o wasze dobro chodzi. Cierpicie

przez niego. Spotykają was niesłuszne kary. Nie wierzę, że nie możecie

dać mu rady. Przecież - przybliżył się do mnie ponad biurkiem, a jego głos

przeszedł w konfidencjonalny szept. - Przecież oprócz gróźb i łomotów

istnieją też inne s p o s o b y...

- Jakie, panie Naczelniku? - przypaliłem głupa. Uśmiechnął się tajemni-

czo. - Wy już dobrze wiecie, jakie. Rozumiemy się Rutkowski?

- Owszem, panie Naczelniku - odparłem cicho po chwili i z pochyloną

głową opuściłem jego gabinet.



Godzinę później szeptem zrelacjonowałem chłopakom moją z nim poga-

wędkę, korzystając z tego, że Psychol uderzył w kimę. Bo on po tym ostat-

nim przegięciu dużo sypiał. Widać jego organizm potrzebował jeszcze po

szpitalu odpoczynku. Chłopaki wysłuchali mnie w spokoju. Dyskusja trwała

krótko. Decyzja zapadła jednogłośnie. Bezlitosna i drastyczna. Ogólną zgodę

przypieczętowaliśmy skinieniami głowy. Teraz trzeba było tylko poczekać

na sprzyjającą okoliczność.



A taka nieszybko nadeszła. Po tym swoim wielkoformatowym numerze

Psychol spuścił z tonu. Wyciszył się całkowicie. Powrócił do stanu wyj-

ściowego, to znaczy odgrywania świętoszka. Niewinność patrzyła mu

z oczu, jak jakiemuś małemu dziecku oskarżonemu o zjedzenie kremu z we-

selnego tortu. Całkowita metamorfoza. W jego ślepiach nie było już ani

krzty szaleństwa, które w pełni lśniło w nich po każdym pochlastaniu moj-

ką. Znowu wyglądał jak ktoś niewinnie skazany, płaczący za wolnością po

kątach. Jak nędza i rozpacz godna najgorszego frajera.



Od drugiego przegięcia Psychola kipisz mieliśmy średnio dwa razy w tygo-

dniu. Gady rutynowo już robiły nam bałagan w celi, chociaż dobrze wie-

dzieli, że już i tak niczego zabronionego nie znajdą. Robili tylko niezły bajzel,

który potem trzeba było sprzątać. Z obiadów zdjęli nam karę, ale spacery

mieliśmy w dalszym ciągu okrojone. Również swojej twórczości dalej nie

mogliśmy uprawiać. Tycim kawałkiem ołówka, który udało mi się zakitro-

wać, co prawda zapisywałem krótkie teksty na marginesach kartek w książ-

kach, których na szczęście za karę mi nie zabrali, ale w żaden sposób nie

mogłem zaspokoić tym swoich pisarskich potrzeb. I kontrolowali nas też

znacznie częściej. Średnio trzy razy na godzinę podnosiło się w klapie wiecz-

ko judasza. Kilka razy nawet mieliśmy niezapowiedziane wizyty Naczelni-

ka. Powodem oficjalnym były rutynowe kontrole. Ale ja wiedziałem, co się

naprawdę za tym kryło. Upewniało mnie w tym pytające spojrzenie Na-

czelnika, którym za każdym razem, na długie chwile obdarzał mnie pod-

czas tych wizyt.



W końcu ku naszej niemej radości, Psychol zaczął stawać się niespokojny.

Wydobrzał na tyle, że nie było już widać niedawnego bliskiego spotkania z

kostuchą. Czuło się, że już długo nie wytrzyma. Że już jakiś kolejny więk-

szy numer chodził mu po głowie.

Jego szaleństwo ponownie objawiło się pewnego wieczora. Tym razem

jednak nie znienacka, jak w dwóch poprzednich razach, ale z kilkugodzin-

nym wyprzedzeniem. Gdy jeszcze paliło się światło, rozpoczął przygoto-

wania do nocnego występu. Jak nigdy. Zaczął robić to na naszych oczach.

Pociął prześcieradło na małe paski i uplótł z nich postronek. Solidny.

W sam raz, żeby na nim zadyndać.



- Dziś w nocy te pierdolone gady nie będą drzemać w fotelach - powie-

dział tylko do nas, widząc nasze pytające miny. I tyle nam wystarczyło. My

również rozpoczęliśmy przygotowania do nocy.

Na pół godziny przed zgaszeniem świateł Psychol wprowadził nas w swój

plan. Był prosty. Psychol miał się rzucić na sznur, a my mieliśmy, jak zwy-

kle, zrobić raban, dbając jednocześnie o to, żeby Psychol rzeczywiście się

na tym sznurze nie przekręcił.

- Już to kiedyś robiłem - powiedział. - Jeśli pętla jest odpowiednio gruba,

to zaciskając się na szyi nie dusi od razu. Można tak wisieć parę minut.

Człowiek sinieje i się dusi, ale kończy się tylko na niegroźnym uszkodzeniu

kręgosłupa. Ale to przegięcie zespołowe. Solo naprawdę wykituję.



Kilka minut po północy przymocował postronek do krat w oknie. Bez wi-

docznego strachu stanął na podstawionym pod okno stołku i nałożył sobie

stryczek na szyję. Chwilę jeszcze postał pośród całkowitej złowróżbnej

ciszy, w ciemności nikle rozświetlonej blaskiem latarni, wpadającym przez

okno z więziennego dziedzińca. Potem przytrzymując się rękami krat od-

trącił stołek i wciąż przytrzymując się okna delikatnie opuścił się w dół,

napinając ten przymocowany do karku prowizoryczny powróz. W końcu

jego ręce odważnie puściły się krat, lina lekko szarpnęła i napięła całkowi-

cie i rozpoczęła się walka jego organizmu o hausty powietrza. Patrzyliśmy

jak szamocze się na tej szubienicy, młócąc powietrze rękami i nogami.

Bujał się na tym prześcieradlanym sznurze na wszystkie strony. Poczeka-

liśmy jakiś czas, ale nic się nie stało. Wciąż żył. Choć był już pewnie naj-

wyższy czas na raban, nic nie robiliśmy. Milcząc siedzieliśmy tylko nieru-

chomo na swych kojach, obojętnie przypatrując się temu jego tańcowi ze

śmiercią. Temu chaotycznemu kryminał tango, które miało już być jego

ostatnim.



Odczekaliśmy jeszcze minutę, która dłużyła się w nieskończoność, ale

w dalszym ciągu śmierć nie mogła go pokonać. Szamotał się na tym sznu-

rze, obijając się o ścianę. Urywany syk z jego ust, powodowany powie-

trzem z trudem przedzierającym się przez gardło, stawał się coraz cichszy.

Ale w dalszym ciągu było go słychać. W końcu nie mogąc już znieść tego

oczekiwania, pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu, podszedłem do nie-

go, złapałem go za podrygujące ramiona i całym sobą uwiesiłem się na nim.

Jego bezbronnym ciałem wstrząsnął przedśmiertny skurcz. Wyraźnie go

poczułem. Sekundę potem, po trzasku łamanego karku, całkowicie zasty-

gło w nim życie.

Postanowiliśmy tej nocy nie meldować o trupie. Dopiero rano do pierwszej

michy. Pozostawiliśmy Psychola zwisającego z okna i położyliśmy się do

łóżek. Pośród ciemności zapłonęły nerwowo papierosy. Od jutra wszystko

już miało powrócić do normy.



NOWE WYDANIE"KRYMINAŁ TANGO"- 2007 !




- DWA OPOWIADANIA WIĘCEJ!

- TWARDA OPRAWA!

- KLIMATYCZNE ZDJĘCIA KRZYSZTOFA "SADO" SADOWSKIEGO!


"KRYMINAŁ TANGO" do nabycia w:



Aukcje ALLEGRO

dopisz się do księgi

STRONA GŁÓWNA